News
Wyprawy
Plany
Różne zdjęcia
Linki
Kontakt
Moja Jawa TS350
Usprawnienia
Remont Jawy (fotki)
CZ 350 Oli
Remont CZ (fotki)
Rower
Przyczepka rowerowa

e-mail

Dzień 7-11

7 DZIEŃ

Dziś budzi nas smród skarpetek ;). Szybko się pakujemy. Właściciel campingu nas nie zauważył wiec jedziemy. Wywieszone skarpetki dają o sobie znać i wreszcie udaje nam się znaleźć źródło wody w którym możemy wyprać nasze rzeczy. Jedziemy na Bad Gastein skąd odjeżdżają pociągi, przez tunel, na drugą stronę góry. Mamy 30 minut do odjazdu. Dojeżdżamy 10 minut przed czasem. Ten pociąg bardziej przypomina prom. Samochody wjeżdżają do wagonów, a kierowcy przechodzą do wagonika pasażerskiego. Każą nam zostawić rowery i również się tam udać (podchodzimy to tego trochę pesymistycznie i rozstajemy się z rowerami dopiero przed samym odjazdem). Tu dopiero maja standardy. Wnętrze prawie jak w samolocie. Po szynach suniemy cicho, bez żadnych stuków. (bez typowego Polskiego "tu tu ru". Po 7 minutach (za 4 euro) jesteśmy po drugiej stronie góry. Wysiadamy i przed naszymi oczyma ukazuje się zapowiadająca dobre wrażenia serpentyna (jak się później okazało 10 km zjazd). Zjeżdżamy z prędkością 70 km/h (rzadko schodzi się poniżej 60 km/h ). To jest "Hardcore" ;) Najlepszy dotychczasowy zjazd. Trzeba się "kłaść" w zakrętach. Mijamy ograniczenia do 50 km/h mając na liczniku 70km/h. Od razu na twarzach maluje nam się uśmiech. Ostre zakręty. Widzę, że goni mnie samochód. Po chwili wykręcam 78km/h i już go za mną nie ma ;). Dogoniłem Grabę, który ruszył wcześniej. Rower obłożony sakwami, który "kładzie" się w zakrętach przy ponad 65km/h wygląda rewelacyjnie. Jadę 70 km/h i nagle szok. Widzę znak informujący mnie o zbliżającym się 18% zjeździe, a zaraz za nim "ostre zakręty". Zaciskam hamulce. Ledwie wyrabiam się w tych zakrętach. Na dole okazuje się, że Alex również złapał niezłego styka na tamtym odcinku. Jesteśmy pod wrażeniem. Dawno nie miałem tyle adrenaliny. Dobra, czas na obiad. Dalej dolinami dojeżdżamy do Winklern gdzie zaczyna się wielokilometrowy 10% podjazd. Z trudem go pokonujemy, za to w nagrodę z drugiej strony dostajemy 10 % zjazd. Jest jeszcze lepszy od poprzedniego. 60...70....79 km/h Pod koniec już w mieście Dolsach zaczynają się pięknie wyprofilowane ostre zakręty w których kładziemy rowery ile wlezie. Motocykliści "wydzierają mordy" ze zdziwienia ;))). Jakoś nie zważamy na ograniczenia prędkości. Adrenalina podskakuje bardzo wysoko. W jakimś miasteczku podbiega do nas koleś i co tam krzyczy po angielsku, że droga rowerowa do Włoch to obok jest. Każe nam zawracać i wskazuje kierunek podkreślając, że tamta droga jest lepsza, z pięknymi widokami itp. Tylko skąd on wiedział, że jedziemy do Wloch?? Rzeczywiście, ścieżka rowerowa wije się wzdłuż rzeki aż do Sillin. Teraz już wiemy skąd on wiedział, że jedziemy do Włoch. 'Odkryliśmy", że do granicy dzieli nas niecałe 30 minut jazdy.

8 DZIEŃ

Jedziemy dalej do Silan. Nareszcie mamy za sobą cały słoneczny dzień. Granica z Włochami nie istnieje. Budki graniczne świecą pustkami. Właśnie uświadomiliśmy sobie, że cała Austrie przejechaliśmy bez kąpieli (nie licząc jakiś tam strumyków itp.). Jakoś na żadnej stacji nie było pryszniców. W całej Austrii jeździ pełno motocykli, motorowerów. Nawet w małych miasteczkach są salony motocyklowe, jakie ciężko spotkać w Polsce. Gładki asfalt, rewelacyjne zakręty - po prostu raj ;). 3 kilometry za granicą uświadomiłem sobie, że jadę w jednej rękawiczce. Wracam bez sakw do stacji w Austrii- nie znalazłem tam rękawiczki. Okazało się, że leżała na sakwie Graby i niepotrzebnie się wracałem. Jedziemy ciągle lekko pod górę. Piękne widoki. Wjeżdżamy na 1600 m. Zjazd utrudniają nam samochody zmuszając nas do ograniczenia prędkości do 50 km/h. Można by było szybciej. Chmury zakrywają szczyty gór. Zjeżdżamy do podnóża (1250 m) Tofany (najwyższa góra w okolicy- 3242 m npm). Na szczyt prowadzi wyciąg, ale niestety nie jest jeszcze czynny. Jesteśmy na 1300 m i uświadamiamy sobie, że czeka nas zjazd na 0 m ;). Już nie taki stromy i szaleńczy jak poprzednie, a spokojny i rozciągnięty. Mijamy kolejne miasta. Przed nami widzimy kolarza i siadamy mu na koło. Krzyczę "go, go, go". Kolarz jak nie przycisnął, wyrwał ile miał sił w nogach, ale zrezygnował przy najbliższym sklepie rowerowym. Alex ze zdziwieniem wydusił "Hę?!?!". Włoch pewnie myślał, że to pozdrowienie i również odpowiedział "Hę". Prawie cały czas zjeżdżamy. Kierujemy się na camping przy jeziorze. 60 km/h , nagle trzask, lecą iskry - urwałem łańcuch. Szybka naprawa i jedziemy dalej. Już po ciemku odnaleźliśmy camping. Góry stają się coraz mniejsze. Rozbijamy się i wreszcie dokładnie myjemy (1-wszy raz od Czech). Oczywiście pomyliliśmy się i na początku weszliśmy do damskiej toalety ;)

9 DZIEŃ

Z samego rana wymieniam pęknięte szprychy. Trochę czasu spędzamy na kamienistej plaży nad jeziorem (woda jest już naprawdę ciepła). Widzimy resztki Alp. Jeszcze w górach Policja każe nam zjechać z drogi - wyścig kolarski. Zaraz po nim mija nas włoch zbierający bidony. Graba również znajduje jeden. Ostatni zjazd. Wyprzedzamy na ciągłej samochod-betoniarkę. W tym momencie klimat upada. Droga jest tak nudna, że aż nie chce się jechać. Jest tak gorąco, że praktycznie wyłącza mi się myślenie. Ratunkiem staje się oblewanie wodą na stacjach i jazda w mokrym ubraniu. Średnio co drugą stację, bo ubrania schną momentalnie. Na jednej ze stacji trochę za bardzo nachlapałem i kazali mi posprzątać to mopem. Wjeżdżamy do Wenecji po 4 km moście. Zauważamy tu 2 Polaków z sakwami (jeden na Meridzie). Ale tylko się mijamy. Szkoda, że po Wenecji nie można jeździć rowerami;). Panuje tu jeden wielki chaos, pełno ludzi, autobusy, pociągi wciąż kursującego z wybrzeża na Wenecje i z powrotem. Sama Wenecja nie robi na nas wielkiego wrażenia. Wracamy. Przez cały most (4 km) gnamy 43-45km/h. O tego momentu zaczyna się najgorszy odcinek od początku wyjazdu. Znowu nudna, płaska droga, do tego prawie 0 sklepów (a jak są to zamknięte - sjesta). Nawet nie mamy gdzie kupić jakieś bułki czy czegoś ;(. Droga dłuży się niemiłosiernie. Jest 20.00 - zaczynamy szukać campingu (wbrew pozorom nie po to by znaleźć miejsce do spania tylko wreszcie porządnie się wymyć). Niby nic prostszego. Pierwszy znak - "camping za 12 kilometrów". Dalej znaki również kolejno się pojawiają (10 km, 8 km itd.)... aż w końcu... nie ma ani znaku ani campingu. Jedziemy dalej. Znowu widzimy znak kierujący dalej prosto na inny już camping. I dalej ta sama historia, znaki informacyjne pojawiają się co 1 do kilku kilometrów i w końcu znikają, a campingu jak nie było tak nie ma. Przeklinamy to Włoskie oznakowanie. (Kiedy to pisze przelatuje mi tuż nad głową naddźwiękowiec). Jest kompletnie ciemno. Kupujemy na stacji paluszki za 3,10 Euro. Ponownie znak informujący o campingu za kilka kilometrów. Ale wkrótce pojawia się również znak, że na jakiś camping w prawo, ale z kolei nie pisze ile kilometrów (co za durny kraj).Wjeżdżamy na stacje. Nikt nie rozumie za bardzo po angielsku, ale na migi i używając wyrażenie "camping" dowiaduje się, że ten na prawo to aż 8 km, drugi niby minęliśmy 5 km temu, a następny przed nami jest za 10 km!!! Decydujemy, że nie będziemy wracać. Przejeżdżamy te 10 km. "Klimat" na wyjeździe robi się coraz gorszy - Alexa bolą stopy po całym dniu jazdy bez skarpetek do tego w mokrych butach. Graba jest już wycieńczony, a mnie niemiłosiernie mocno boli...ramię (sam nie wiem czemu) tak, że ledwie trzymam kierownice. Minęło te 10 km, a campingu jak nie było tak nie ma. W akcie desperacji zjeżdżamy spać na dziko, nawet namiotu nie chcemy rozkładać. Miejsce jednak okazuje się nie ciekawe. Kilka km dalej zjeżdżamy z drogi w kierunku jakiś świateł. Dojeżdżamy do posesji...wyskakują psy i zaczynają nas gonić. Uciekamy dalej w las. Jest decyzja. Śpimy tutaj na dziko tylko w śpiworach. W oddali ciągle szczekają (może na nas) psy. Uzbrajamy się w toporek i nóż bojowy. Leże...gryzą komary, więc zakrywam twarz chustą. Niepokoją mnie jakieś szmery, ale to chyba Graba i Alex kotłują się w śpiworach. Wreszcie kompletna cisza... Nagle czuje coś w nogach, zrywam się. O k$%#$!!! Coś mi łazi po nogach. Alex już zdążył wyskoczyć z toporkiem. Czarny zwierz wielkości kota uciekł w las. Nie wiem co to było, ale napędziło mi to niezłego stracha. Jest po 12.00 w nocy. Ponownie się pakujemy i ruszamy dalej. (Grabę i Alexa komary już zdążyły nieźle pokąsać). Za nim wjedziemy na główna drogę pozostajemy uzbrojeni gdyż ponownie musimy minąć psy. Mijamy ogromny salon motocyklowy. W jakimś barze dowiadujemy się, że camping będzie za około 3 km. Oczywiście żadnego nie znaleźliśmy. (może dlatego, że gadali po włosku, a na migi ciężko wszystko zrozumieć ;) ). Zauważyliśmy hotel na uboczu drogi. Graba poszedł się spytać czy możemy się rozbić na ich terenie. Z tego co się dowiedział to nie możemy, bo oni tu tylko pracują i to nie ich hotel, ale gdzieś dalej za parkingiem jest dogodne miejsce. Za bardzo tego parkingu nie znaleźliśmy, ale zauważyliśmy park między domkami. Rozbijamy namiot i idziemy spać. Trochę dzisiaj za gorąco na spanie w śpiworach.

10 DZIEŃ

Gorąco!!! Wciąż jedziemy daleko od morza i nie ma jak się chłodzić. Alexowi luzuje się sztyca (trochę za cienka jest), bo wyrobiona blaszka robiąca za podkładkę wpada do ramy. Sytuacje ratuje znaleziona puszka po Coca-coli. Kolejny dzień nudnych, prostych dróg. Decydujemy się zjechać z głównej drogi ku morzu. Nadmorska droga okazała się być najgorszym wyborem na tym odcinku. Jedziemy między setkami fabryk, wydzielających taki smród, że aż się ciężko pedałuje. W końcu wyjeżdżamy na główną drogę. Naszym oczom ukazuje się rollercoaster - "Mirabilandia" z mnóstwem atrakcji. Wstęp na cały dzień 20 euro. Spotykamy kierowcę polskiej wycieczki. Mówi nam, że zorganizowane grupy mają często wolne bilety i wystarczy zagadać, a chętnie je tanio odsprzedadzą. Rozmawiamy jeszcze chwile i jedziemy dalej w trasę. Zauważamy jednak, że podjeżdża inna Polska wycieczka. Pytamy organizatorów o bilety. Niestety nie mają żadnych wolnych. A właściwie to nie mają jeszcze żadnych, jedynie rezerwacje. Dowiadujemy się, że trzeba szukać wśród grup, które kupują bilety wcześniej. Ponownie rozmawiamy z kierowcą z I-wszej wycieczki. Opowiada trochę o Włoszech i obdarowuje połową polskiego chleba ;) - rewelacja. Tutejsze pieczywo jest okropne (chleb to nie solony, większy kawałek bułki, której nie da się nawet pokroić, a i tak momentalnie staje się suchy). Dowiadujemy się również, że w pobliżu (nawet na naszej trasie ) jest Aquapark i jutro będzie miał rezerwowe bilety. Rzeczywiście znaleźliśmy go, ale nie okazał się jakąś rewelacją. Decydujemy się jechać dalej. Znajdujemy camping, lecz cena nas odstrasza (28 euro za nas 3), a "szczelne" ogrodzenie uniemożliwia wbicie się za friko ;). Idziemy na plaże. Tutejsze są całe zajęte "bagnami". (nie chodzi o bagno w naszym znaczeniu, a o miejsca gdzie można wziąć prysznic po kąpieli w morskiej wodzie, połączony z barem i zajmującymi 3 plaży leżakami z parasolami). Pojeździliśmy trochę po nadmorskim miasteczku i zdecydowaliśmy się spać na plaży, na leżakach, których są tysiące. Graba już leży. Ja z Alexem z nadmiaru energii idziemy jeszcze pobiegać. Jeszcze raz się kąpiemy. Woda jest bardzo ciepła W oddali widać pioruny, ale nas to nie rusza i owinięci w śpiworach próbujemy zasnąć. Zaczyna kropić deszcz, ale nikomu nie chce się nigdzie ruszyć. Leżymy dalej i na szczęście za chwilę przestaje padać, burza przechodzi bokiem. Przy mocnym wietrze i szumie morza, zasypiamy.

11 DZIEŃ

Rano budzi nas "tubylec" sprzątający plaże. Znów pękła mi szprycha. Naprawa i jedziemy dalej. Jak zwykle na stacjach oblewamy się wodą. Rowery po nocnym pobycie na plaży wymagają wypłukania z kilogramów piasku ;). Znajdujemy karcher za 50 centów. Nikt z nas nie ma takiej monety ;(. Szybka ocena sytuacji, oblukałem skrzyneczkę z włącznikiem i przy pomocy specjalistycznego sprzętu (kombinerek) dostałem się do środka, gdzie w puszeczce leżało 6*50 centów;). Kompletne mycie sprzętu za friko. 50-cio centówki zostawiliśmy jak były (nie chcieliśmy ich brać, bo i tak nic nie płaciliśmy za myjnie) i zabraliśmy się za jedzenie (skrzyneczkę jakoś zapomniałem zamknąć). Podjechał jakiś Włoch nowszym modelem Merca. Sprawdził, że również nie ma drobnych, oblukał urządzenie i na naszych oczach zwinął 50-cio centówki mrugając do nas okiem. Z jego gestykulacji wynikało, że jest dumny z odkrycia otwartej skrzyneczki, bo pewnie nikt wcześniej tego nie zauważył ;). Nie mogłem sobie wybaczyć, że nie:
a) zabrałem euro przed nim (przecież ja to otworzyłem ;) )
b) zamknąłem skrzyneczki zanim przyjedzie cwaniak Mercem i zakosi euro
Alex doszedł do wniosku, że karcherem się można również schłodzić ( i do tego pod niezłym ciśnieniem ;) ). W miasteczku przed Fano jakiś durny samochodziarz skręcił w prawo bez migacza prawie kasując Alexa. Całe szczęście, że Alex miał dobry refleks i zdążył zacisnąć klamki. Ostatni raz w morzu Adriatyckim kąpiemy się w Fago. Tu też dokonuje naprawy butów (pękła mi podeszwa i rozpruły się gdzieniegdzie). Jeszcze trochę i nic z nich nie zostanie, przecież to drogie (jak dla mnie przynajmniej) northwave'y do klików. Na drodze do Fossombrone łapiemy się na koło co chwila jakiś kolarzy w średnim wieku. To podkręca nam tempo. Pełno tam jeździ cyklistów (jakby się zatrzymać to, co kilka minut by któryś przejechał). W miastach za to jeździ prawie tyle skuterów, co samochodów. Jeżdżą nimi wszyscy- od małych dzieci do babć w okolicach 70-tki ) Kolejny kolarz po angielsku objaśnia nam którędy mamy dalej jechać, ale za bardzo mu to nie wychodzi, więc w końcu krzyczy "follow me" (znowu się temp podkręciło ;) ).Włoskie oznaczeniu dróg są tak samo koszmarne jak oznaczenia campingów. Zaczyna się podjazd. Znowu jakiś kolarz na kompozytowej kolarce tłumaczy nam gdzie jechać. Droga, którą jedziemy jest zamknięta dla samochodów (przez kamienie, które posypały się ze zbocza). Robimy fotkę przy tamie i dojeżdża do nas znany nam już kolarz ze znajomymi. Jadąc opowiada nam o historycznym znaczeniu drogi, którą jedziemy (ponoć najstarsza w okolicy). Na rozjeździe zostaliśmy skierowani na drogę do Rzymu. Później okazało się, że właściwie mieliśmy dalej jechać tam gdzie kolarze, ponieważ kierujemy się nad jezioro Trasimeno leżące trochę na zachód od głównej drogi do Rzymu. No, ale nic. Odbijemy na nie później. Na liczniku już 160km, a do jeziora jeszcze daleeeeeko. Kiedy ja naprawiałem buty Alex i Graba spali (niecałe 2 godziny). Ściemnia się i zaczynam się robić kompletnie senny. Jeszcze szybki posiłek na stacji i jedziemy dalej. Pierwszy podjazd kończy się tunelem. Później nocny zjazd przy 60 km/h. Na płaskim odcinku praktycznie zasypiam na rowerze. A za wszelka cenę chcę jechać dalej. Nie jest dobrze;) W pewnym momencie wydaje mi się, że migająca tylna lampka Graby to zegarek i próbuje odczytać godzinę! Kolejny podjazd, który przywraca mi jako tako formę mentalną. Kawałek dalej pomyliliśmy drogę tracąc 8km (nie zauważyliśmy zjazdu) Staram się przezwyciężyć senność. Na początku podjazdu jadę pierwszy, ale w końcu wyprzedza mnie Graba i dalej wszyscy jedziemy w miarę równo. Podjazd dziwnym trafem ;) nie chce się skończyć. Co zakręt wydaje nam się, że to już szczyt, koniec. Już dawno pobiliśmy dzienną długość przejazdu. Podjeżdżamy już 4 km, a szczytu jak nie było tak nie ma. Te zakręty się chyba nigdy nie skończą. Na 7 km nareszcie koniec z pięknym widokiem na jezioro. Jest druga w nocy. Zjeżdżamy. Mój stan psychofizyczny wrócił do normy. By zmieścić się w zakrętach trzeba korzystać z całej szerokości drogi. Z wielkim pędem wjeżdżamy do miasta. Tutaj kręty zjazd jeszcze się nie kończy za to droga jest oświetlona. Te zakręty, w których po ciemku pochylasz obłożony sakwami rower do granic możliwości (zarówno naszych jak i czasami opon ;) ) generują ogromne ilości adrenaliny. Nie sposób czuć się zmęczonym. To było największe przeżycie całego dnia. Czujemy się rewelacyjnie. Na prostej rozpędzamy się do 60km/h i znowu trochę serpentyn. Udaje nam się znaleźć camping. Niestety domofon nie działa, a wszystkie wejścia są dobrze zabezpieczone (nawet kamery są). Śpimy w parku w pobliżu. Alex i Graba na ławkach (z lenistwa nie chciało się im namiotu rozkładać), ja rozłożyłem sobie malutki rezerwowy namiot.

Wstęp
Uczestnicy
Dzień 1,2,3,4,5,6
Dzień 7,8,9,10,11
Dzień 12,13,14,15,16
Dzień 17,18,19,20,21
Dzień 22,23,24,25,26
Podsumowanie
Statystyka
Ciekawostki
My w mediach
Galeria
  1 2 3 4 5 6
Wyprawa 2002
Wyprawa 2007
trasa wyprawy

2002-2006 © M4riush & gr4b4. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.