News
Wyprawy
Plany
Różne zdjęcia
Linki
Kontakt
Moja Jawa TS350
Usprawnienia
Remont Jawy (fotki)
CZ 350 Oli
Remont CZ (fotki)
Rower
Przyczepka rowerowa

e-mail

Dzień 6 - 9

Dzień 6
20.07.07 Piątek
400km
Kilometrów od domu: 1571
Czas jazdy: 8:15

Wyjechaliśmy dopiero po drugiej. Na początek oglądamy zamek w Kamieńcu Podolskim. Ola jest zachwycona. Niestety jest tak gorąco, że decydujemy się jechać dalej i nie wchodzimy do środka. Ciągle jedziemy wioskami. Pierwszy raz mijam niezauważony zjazd, ale decydujemy się nie wracać i pojechać drogą najniższej kategorii. W końcu asfalt się w ogóle kończy... jedziemy polnymi drogami kierując się jedynie wskazaniami gps'u (prosty model bez mapy). O drogę na Czerniowce pytam miejscowych ludzi pędzących bydło. Wysłali nas prostą, kamienistą drogą dalej przez pola. Mieliśmy nią ciągle jechać, ale ze względu na obciążenie, po paru kilometrach, na skrzyżowaniu z drogą asfaltową, zjechaliśmy wydłużając sobie nieco trasę. Dojechaliśmy do głównej drogi (to znaczy o akceptowalnym asfalcie). Dotychczasowa droga łączyła ze sobą tylko dwie wioski z polami i składała się w większości z dziur. Trzeba jednak zaznaczyć, że drogi lokalne mają podobne do Polskich. Za to kocie łby, jeśli już się pojawią, mają o wiele równiejsze. Tego dnia mieliśmy dobrą nawierzchnie z wyjątkiem 25 kilometrowego odcinka, który ciężko nazwać drogą (złożony z dziur połatanych piaskiem), ale po prostu tak trafiliśmy. Dla przykładu jechaliśmy tymi drogami do drugiej w nocy bo nie było żadnych dziur. Dziś chcieliśmy na nocleg stanąć wcześniej, ale ze względu na super niskie ceny, zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś hotelu (których według mapy było sporo). Pierwszego nie znaleźliśmy, 50 kilometrów dalej był jakiś nieciekawy, przy dworcu. Przejechaliśmy kolejne 50 kilometrów i taka sama historia. Był piątek i mimo drugiej w nocy Ukraina tętni życiem. Wszędzie pootwierane kluby (czy raczej wiejskie potupajki... :P nie wiemy bo nie wchodziliśmy do środka), kolejki na kilkadziesiąt osób.Kilka razy pytaliśmy DAI (Ukraińska drogówka) o drogę i zawsze byli bardzo mili ;) (to pewnie czar Jawy). Za dnia mijani ludzie nas pozdrawiają. Na zachodzie wszyscy znają Jawy. Ja widziałem ich tu chyba tyle samo co Ukrainskich wynalazków. Wszyscy jednak chwytają się za głowę i mówią, że Hondą i innymi japońskimi w taką trasę to OK., ale Jawą? "Extreme". Nocą musieliśmy uważać, żeby nie potrącić ludzi idących lub wracających z imprez, a Ci są dosłownie wszędzie. W końcu 30 km przed drogą tranzytową na Odesse znajdujemy nocleg (hotel 3 gwiazdkowy) za 50 zł za nas dwójkę.

Dzień 7
21.07.2007 Sobota
349 km
Kilometrów od domu: 1920
Czas jazdy: 6:42

Z samego rana poszedłem do magazynu (sklepu). Jest wszystko procz nabiału (wszelkiego rodzaju serków, jogurtów itp.) Znów się obkupiłem za grosze. Do głównej trasy do Odessy (północ-południe) zostało 20km. Tak prosto jednak nie będzie, bo miejscowy kieruje nas trochę inną drogą bez oznaczeń. Przejeżdżam zjazd i kończy się to extra dodatkowymi kilometrami po polach (dosłownie), wzdłuż rzeki. Jesteśmy cali w piasku, ale widoki mamy przepiękne, a wioski... totalne "dziury zabite dechami", jakieś kopalnie, ale jest pięknie, i ludzie bardzo mili, wyglądają na szczęśliwych. Wszędzie w około setki hektarów pól ze słonecznikami. Droga do Odessy to już standard iście europejski. Po 2 pasy na kierunek ruchu, stacja za stacją, a tam gdzie jakość nawierzchni odbiega od ideału trwają już prace remontowe. Tutaj można nieźle pocisnąć... Jawą całe 100km/h :P. "Obraz Europy" zaburzają tylko babuszki handlujące przy drodze spożywką i pierdołami. Przy wjeździe do Odessy piękne zatoki, czuć zapach morza, ludzie wylegują się na plaży. Odessa sprawia dobre wrażenie. No może poza śmieciami pozostałymi po dzisiejszym bazarze. Takiego syfu jeszcze nigdy nie widziałem (jak się później okaże to nic w porównaniu z Albania :P ). Dojeżdzamy wreszcie na skraj lądu. Stoimy na wysokiej skarpie, w dole morze, motorówki, prywatne jachty, restauracje na wolnym powietrzu... trzeba będzie coś zjeść.

  • małże z ryżem i warzywami

  • pieczone kawałki kurczaka z sosem żurawinowym i takimi bułko-naleśnikami, takie chrupkie pieczywko nadziewane serem ze szpinakiem

  • kilka soków i wód mineralnych o specyficznym smaku (pycha)

  • desery lodowe

  • sałatka owocowa

  • kawy z mlekiem

  • + widok na morze, kelner i przemiła atmosfera... za wszystko 25$.

Kelner zapisuje nam adres i nazwę słynnych Odeskich schodów do morza. Jedziemy. Pytam o drogę pokazując ludziom karteczkę... jedziemy. Zrobiło się ciemno, do tego trafiamy na wracających kibiców. Wszędzie ich pełno. Dzielnica przy schodach jest bardzo ekskluzywna, przypomina nam trochę Paryż. Kafejki, drogie samochody, wszystko podświetlone i rzesze turystów. Robimy kilka fotek podczas jazdy i szukamy wyjazdu na granicę z Mołdawią. Po drodze ma być gdzieś hotel. Jedziemy i jedziemy i trafiamy na... granicę z Mołdawią. Celnik wytłumaczył nam gdzie mieliśmy zjazd na Biliaiwkę. Znajdujemy tam hotel, trochę obskurny, ale za bardzo nie mamy możliwości szukać innego. Zostajemy.

Dzień 8
22.07.07 Niedziela
405 km
Kilometrów od domu: 2325
Czas jazdy 6:59

Czas na przejście graniczne Ukraina - Ukraina z kilkukilometrowym przejazdem przez Mołdawie. Tu nie ma żadnych problemów. Przy wjeździe dostajemy karteczkę, że jedziemy tranzytem i po kilku kilometrach karteczkę oddajemy. Trochę się naczytaliśmy, że mogą dać nie taką kartkę, nakazującą przejście w innym miejscu i później trzeba nadrabiać kilometry, ale spotkany Polak na motocyklu, mieszkający w Kijowie zapewnił nas, że wszystko jest OK. Jedziemy do Izmailu. W mieście nic specjalnego. No może prócz ogromnych, nie pracujących już portów. Od stróża stojącego przy wjeździe do jednego z nich dowiadujemy się że pływają statki na drugi brzeg do Rumunii, ale można się z nimi zabrać tylko pieszo. No to przynajmniej wiemy jak dokładnie wygląda sytuacja z przejściem granicznym na Dunaju. Jemy pizze i jedziemy na Reni. Ostatnie tankowanie na Ukrainie (2,5 zł za litr ). Teraz znowu kombinowana granica. Ukraina- Mołdawia. 20 minut stania, przegląd numerów ramy, 4 okienka i 2$ jakiś opłat ekologicznych chyba. Kilka kilometrów i granica Mołdawia - Rumunia…zamknięta. Zmiana celników. Czekaliśmy 20 min. Wpuścili nas przed kolejkę. Celnik wziął paszporty. Czekaliśmy z 10 min i już tylko ostatnie bramki Rumuńskie. Tutaj osobny pas dla UE - pusty. Podjeżdżamy. Celnik przerywa obsługę innych ludzi (na pasie dla tych z poza unii) i podchodzi do nas. Minutka i jesteśmy w Rumunii. Robi się późna godzina. Jedziemy na prom, by dostać się na drogę do Tulczy, Babadagu. Po ciemku nie zauważyłem zjazdu na prom i 30 min zmarnowane. Wracamy. Policja kieruje nas w odpowiednim kierunku. Prom okazuje się dość duży, na kilkadziesiąt samochodów. Pytam się o cenę. 50 euro. Niemożliwe, każe sobie napisać na karteczce bo może coś źle zrozumiałem... 50 euro. Zjeżdżamy z promu. Pytam się miejscowego jak z tą ceną. Okazało się, że prom płynie 80 kilometrów rzeką do Tulczy, a my przecież chcemy się tylko dostać na drugi brzeg. Wjeżdżamy znowu na prom. Ile na druga stronę rzeki? ...50 euro. Dla nich nie ma różnicy gdzie nas wysadzą. Zjeżdżamy z promu.. Sprawdzam jak sytuacja wygląda na mapie. Niestety, nie da się inaczej pojechać. Most, czy inny prom jest daleko na południu, zupełnie nam nie po drodze. Podbiega gość z promu krzycząc, że zabiorą nas za 30 euro. Nie dajemy się naciągnąć, nie mamy takich funduszy. Całej sytuacji przygląda się miejscowy. W końcu podchodzi i pokazuje nam, że w okolicy pływa drugi prom, lokalny, pływa od brzegu do brzegu i przewiezie nas za nie więcej niż 5 euro za wszystko. Rzeczywiście. Kapitan zażądał 20 lei za nas dwójkę i motocykl. Na promie zagaduje nas Rumuńska rodzina i proponują by jechać za nimi, a zaprowadzą nas na camping, który mamy zaznaczony na mapie i pomogą się skomunikować. (Ich córka ma podstawy angielskiego). Ledwie udaje mi się za nimi nadążyć na tych krętych drogach. Dojeżdżamy na camping. Niestety wolnych miejsc brak, a i jest to właściwie motel nie camping. Żegnamy się z rodzinką i dalej jedziemy swoim tempem. Krajobraz zmienił się na pustynny (to znaczy tak nam się wydaje bo jest ciemno). Rosną tu tylko pojedyncze drzewa. Daleko dziś nie zajedziemy, czuje się bardzo zmęczony. Rozbijamy namiot miedzy kilkoma przydrożnymi drzewkami. W namiocie zabijam ze kilkadziesiąt owadów wszelkiej maści (od pająków, przez inne kroczące, po skrzydlate), które przez te kilka chwil zdążyły zadomowić się w namiocie. Dla Oli to jest horror. W pobliżu nie ma łazienki ;P , upał (nawet w nocy) i te robactwo, ale jakoś przeżyła tę noc, była tak zmęczona, że szybciutko zasnęła. Rano równie szybko wstała obudzona upałem.

Dzień 9
23.07.2007 Poniedziałek
205 km
Kilometrów od domu: 2530
Czas jazdy: 3:42

Jedziemy przez step. Niziutka wyschnięta trawa i gdzie niegdzie pojedyncze drzewko. W Bakczysaraju uzupełniamy zapasy wody, oglądamy miasto i jedziemy dalej na południe. Robię się trochę senny i częściej niż zwykle zjeżdżamy na stacje. To przez ten upał. Mamy ochotę wykąpać się w Morzu Czarnym, ale wszędzie albo klify, albo prywatne kurorty. Jedyne rozwiązanie dla nas to Vama Veche - plaża, gdzie można robić wszystko, włącznie z wjazdem na nią samochodem. Tylko dojechaliśmy i od razu rzuciliśmy się na zimne napoje (w tym zimne piwko : ) i do morza. Nareszcie cudowny chłodzik (niestety nie mogliśmy pójść popływać razem - ktoś musiał pilnować rzeczy). Czekając na Olę, zauważyłem grupę motocyklistów... Przyglądam się bliżej... polskie rejestracje. Wyskoczyłem jak oparzony. Jaki ten świat mały. Okazało się, że są to ludzie z Wrocławia, byli członkowie (a teraz przyjaciele) studenckiego klubu motocyklowego - Apanonar, z którym to klubem sam miałem okazje się zapoznać (również studiuje we Wrocławiu). Rozbiliśmy obok nich namiot i zostaliśmy na noc. Oczywiście wcześniej nocne Polaków rozmowy przy rumuńskim winie :P. Jechali na kilku BMW i jednej Africe przez centralną Bułgarię, trasą transfogardzką. Było też tam dwóch innych motocyklistów z Polski. Wszyscy od Vama Veche kierowali się już z powrotem do domu. Ciekawa jest tutaj piesza granica z Bułgarią. Namiot z brezentu i sznurek pociągnięty przez plaże do morza jedyny fakt świadczący o przeznaczeniu tego miejsca to napis na samochodzie straży granicznej (podobno totalnie wyluzowani celnicy).

Podsumowanie
Uczestnicy
Dzień 1 - 5
Dzień 6 - 9
Dzień 10 - 15
Dzień 16 - 21
Dzień 22 - 29
Dzień 30 - 38
Panoramy
Media
Mapa
Fotki z dnia:
1i3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17i18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29i30 31 33i34 36 37i38
Wyprawa 2003
Wyprawa 2002
trasa wyprawy
Szukamy sponsorów

2002-2006 © M4riush & gr4b4. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.