News
Wyprawy
Plany
Różne zdjęcia
Linki
Kontakt
Moja Jawa TS350
Usprawnienia
Remont Jawy (fotki)
CZ 350 Oli
Remont CZ (fotki)
Rower
Przyczepka rowerowa

e-mail

Dzień 16 - 21

Dzień 16
30.07.2007 Poniedziałek
0 km
Kilometrów od domu: 4248

Byczenie się na Krecie. Plaża, lazurowe morze, kraby, piasek i skały. Obijamy się cały dzień, Ola jest w pełni szczęścia :. Trafiamy na plażę, gdzie woda ciepła miesza się z lodowatą wypływającą spod skał. Super! Wieczorem obiad w chińskiej restauracji, podobno najlepszej w okolicy (gdzie pracuje Arek). Pyszności. 35 euro za 2 osoby. Na Krecie sami Anglicy, więcej słyszeliśmy angielskiego niż greckiego, oczywiście mowa tutaj o miejscowościach nadmorskich. Na każdym kroku wypożyczalnia skuterów, kładów, samochodów, motocykli. Każdy tu czymś jeździ, nawet jak nie potrafi. Trzeba uważać, żeby nie zostać rozjechanym. Na oczach kolegi Anglik przetrącił przechodnia i uciekł. Morze cieplutkie, wszędzie "cykają" cykady. Na początku super... ale nie kiedy chcesz spać. W górach ludzie żyją sobie spokojniej. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak rozbudowanego systemu nawadniania pól, kilometry rur, jedna przy drugiej. Gorąco, gorąco, gorąco. Wszyscy śmigają w koszulkach, klapkach itp. Czasami trafia się ktoś w kasku, ale to rzadkość. Sami tak jeździmy, ale tylko po lokalnych alejkach prędkościami rowerowymi. Inaczej nie idzie wytrzymać.

Dzień 17
31.07.2007 Wtorek
278km
Kilometrów od domu: 4526

Wyruszamy w trasę po Krecie według przewodnika. Poznajemy prawdziwą wyspiarską Grecję. Wioski wysoko w górach, pola uprawne pełne drzewek i winorośli. Nawet nie możemy rozpoznać gatunków. W głębi lądu zjedzenie czegoś podczas sjesty graniczy z cudem. Cały dzień jeździmy górskimi serpentynami i wracamy w nocy. Toaleta i idziemy jeszcze kupić pocztówki oraz odwiedzić kafejkę internetową.

Dzień 18
01.08.2007 Środa
104km
Kilometrów od domu: 4630

Przygotowania do powrotu z Krety. Mały przegląd Jawy i jedziemy po bilety do Heraklionu. Później pakowanie i robi się późna godzina. Wyruszamy na prom. Wielkie podziękowania dla Skipera - Arka z Asią za ugoszczenie nas na Krecie. W porcie jesteśmy 1,5 godziny przed wypłynięciem promu. Niestety prom ma opóźnienie i ludzie dopiero z niego zjeżdżają. Po ponad 2 godzinach w końcu wjeżdżamy na pokład. Tym razem nauczeni doświadczeniem zajmujemy czym prędzej chyba ostatnie miejsce na sofie w kawiarni. Taki kawałek, by móc się położyć i zasnąć. Wcześniej należy jednak coś zamówić, bo to przecież kawiarnia. Odpływamy z 45-minutowym opóźnieniem. Tym razem czas na promie szybko zleciał.

Dzień 19
02.08.2007 Czwartek
265km
Kilometrów od domu: 4895

Jedziemy zwiedzać Ateny. Zostawiamy Jawę pod Akropolem, zabierając jedynie tankbaga. Jest tak wcześnie, że Akropol jest jeszcze zamknięty, a przy wejściu czekają tłumy turystów autokarowych. Poza tym bilet za 12 euro od osoby. Darujemy sobie i wchodzimy na pobliskie skaliste wzgórze Muz obejrzeć widoki. Widać stąd całe Ateny, widok na 360°. Później jedziemy zobaczyć słynną zmianę warty. Krótka pogawędka z policjantem, który każe nam przepakować motocykl i daje garść informacji o zmianach, chwaląc się również jaki to właśnie kupuje motocykl. Kilka fotek i szukamy kolejnego miejsca parkingowego przy wejściu do ogrodów Narodowych. Tam również inny policjant okazuje się w porządku i przepuszcza nas między słupkami, tak byśmy zaparkowali pod samym ogrodem. Z samochodem coś takiego nie byłoby możliwe :P Przy próbie wyciągnięcia pieniędzy odkrywamy, że zgubiłem kartę (prawdopodobnie zostawiłem ją w porcie w Heraklionie). Wyjeżdżając z Aten szybki posiłek przy drodze i jedziemy dalej. Nagle wrzask! Ola szamocze się na motocyklu krzycząc w niebogłosy. Hamuję… Prędkość spada prawie do zera, Ola chce wyskoczyć z Jawy... zaliczamy parkingówkę - przeważyła motocykl. Zrywa z siebie kurtkę cała zapłakana. Coś Ją ugryzło (musiało wejść do kurtki na postoju). Trzy rany kłute z których sączy się krew. Co to jest? Zanim się obejrzałem już ktoś ciągnie Olę, gdzieś ją zabiera... do szpitala. Drugi pomaga podnieść mi motocykl i od razu przewraca kurtkę na drugą stronę. Błyskawiczna akcja, chyba często mają tutaj takie przypadki. Kierują mnie na szpital. Ola leży po kilku zastrzykach. Podobno w miejscu ukłucia zaczęły się robić jakieś białe bąble, ale po interwencji lekarza szybko zeszło, choć ból pozostał. Ola nie ma coś szczęścia do owadów. Wysyłają mnie do apteki po zastrzyk przeciwko (jak się później okazało) tężcowi. Apteki pozamykane (sjesta). Ola musi poleżeć jeszcze 30 min. I możemy jechać. Lekarstwa (w tym szczepionka) kupujemy w następnym mieście. Lekarze płynnie mówili po angielsku, sytuacja opanowana. Jedziemy aż do zachodu słońca. Udało się nam znaleźć nocleg w remontowanym hotelu za 25 euro. Standard wysoki w porównaniu do ceny. Nie przeszkadza nam zakurzony od zaprawy cementowej hol, czy wanna z wapnem przy wejściu. Pokój z klimą (której niestety jeszcze nie podłączono :P). Telewizor, łazienka z ceramiką z której nie pozdzierano jeszcze kodów kreskowych. Super!

Dzień 20
03.08.2007 Piątek
365km
Kilometrów od domu: 5260

Gonimy 100 km do Klasztorów Meteory - niesamowite Monastyry wzniesione na czubkach skał. Jeden z nich zwiedzamy w środku. Podobno przez 60 lat znoszono materiały na jego budowę. Robimy zakupy w Lidlu z czego część gubimy gdzieś po drodze. We Florinie jemy pysznego gyrosa i robi się ciemno. Szukamy noclegu, nie możemy znaleźć nic taniego. Ceny w okolicach 100 euro za noc. W końcu kołując tu i tam zjeżdżamy w boczną drogę nad rzeką. Ledwie zsiadłem z motocykla, a już ktoś podjechał samochodem, wymanewrował tak, by oświetlić nas światłami. Popatrzył i pojechał. Miejsce "spalone". Któż to wie, kto to był i czego chciał. Wracamy do Floriny. Kolejny hotel - 80 euro. W końcu wjeżdżamy w boczną ścieżkę wiodącą ku szczytowi. Na szutrze Jawa dostaje ostro w kość. Rozbijamy namiot na dość sporej wysokości - ponad 900 m., tuż przy ścieżce. Nie było to łatwe zadanie, gdyż podłoże składało się głównie z kamieni. Miejsca na śledzie znajdowałam z kępach traw. W zamian dostajemy piękny widok na dolinę.

Dzień 21
04.08.2007 Sobota
343km
Kilometrów od domu: 5603

Budzę się pierwszy. Ola po tabletkach, które dostała po ukąszeniu (odczulające) jest nie do obudzenia. Kawka, kasza gryczana z warzywami... ale i tak najdłużej trwała toaleta Oli :P. W końcu w okolicach 11 godz. zjeżdżamy do głównej drogi. Piasek, kamienie, wyrwy pozostałe po ulewnych deszczach... nieźle musiałem być wczoraj zdeterminowany. Przed Macedonią tankujemy. Granica do tylko formalność. W Macedonii czuję się jak w Polsce. Podobny poziom, a samochody... widzieliśmy nawet Polonezy i klika Maluchów, nie wspominając już o Matizach. Tylko wszechobecny handel arbuzami przypomina, że jesteśmy na południu. Nad Jeziorem Ohrid jemy obiad. Chcieliśmy zatankować przed granicą z Albanią, ale tam już nie było stacji, nie było też kantoru, żeby wymienić macedońską walutę (10 dolarów w plecy). Kantoru nie było również na przejściu granicznym w samej Albanii. Tranzytem jeździ tutaj bardzo dużo Włochów i Francuzów. Od każdego zdzierają po kilkadziesiąt euro. O dziwo Polacy i jeszcze kilka innych narodowości są wyłączeni z opłat (prawie, bo za coś zapłaciłem 2 euro). W Albanii pięknie! Przy granicy i w strategicznych punktach (wąwozy itp.) pełno starych bunkrów. Piękne góry, europejskie stacje, tylko ceny również europejskie, a i z płaceniem kartą są problemy. Górskie 30km do Tiranu podnosi adrenalinę. Droga wąska, niekompletne barierki (a właściwie betonowe słupki) oddzielające drogę od przepaści. Każdy zakręt to "zakręt śmierci"... coś fantastycznego, zważywszy na to, że asfalt jest dobry. Inaczej sprawa ma się w miasteczkach, tam przeważają dziury. Jazda po stolicy przypomina autodrom w wesołym miasteczku. Jeśli są wyznaczone pasy to ludzie jeżdżą po linii jak na pasie startowym. Prawie na każdym skrzyżowaniu policja próbuje kierować ruchem, a i tak każdy jeździ jak chce. Tu najbardziej widoczne są kontrasty. 4-gwiazdkowy hotel naprzeciwko walącego się budynku. Albania bardzo by się nam podobała, nie jest tutaj tak źle, ale efekt psuje kilka rzeczy. Po pierwsze śmieci. Po drugie śmieci. Po trzecie… śmieci. Są dosłownie wszędzie, na ulicach, na chodnikach, trawnikach. Jeśli jest śmietnik, to od dawna nie opróżniany i zarzucony górą odpadków kilka razy przekraczającą jego objętość (w samej stolicy jest trochę lepiej). I znów obrazek… ekskluzywny hotel naprzeciwko "wysypiska śmieci" wysokiego na kilka metrów. Wcześniej widzimy rodzinę opróżniającą z odpadków (włącznie z meblami) pick-up'a na poboczu drogi. Zapach, jaki panuje w miasteczkach nie nastawia do nich przychylnie. Gdyby nie to... byłby to piękny kraj. Ludzie nastawieni są pozytywnie, pytają, czy nie potrzebujemy pomocy. Ale i tak najważniejsze są Mercedesy... są wszędzie, wszelkie roczniki. Jadąc po Albanii wyprzedzamy Mercedesy, mijamy stojące na parkingu Mercedesy, równocześnie mając Mercedesy w lusterku jak i przed sobą. To taki wyznacznik statusu społecznego. Pełna gama modeli. To trzeba zobaczyć. Na stacjach "europejskich" paliwo za 1,3 euro. Teraz mamy walutę Albańską. Może na lokalnych stacjach ceny kształtują się inaczej? Bo dla przykładu za dwa expresso podane z dwoma szklankami wody, plus gazowany napój pobudzający ciało i umysł zapłaciłem 2 euro. Wszystko podane przez kelnera w nawet niezłym lokalu. Wieje tak mocny boczny wiatr, że przestawia nas o pół pasa. Decydujemy się poszukać miejsca do spania w Albanii. Znajdujemy przydrożny motel po 18 euro. Już mamy się wprowadzać... ubikacja nie działa. Dali nam inny pokój.

Podsumowanie
Uczestnicy
Dzień 1 - 5
Dzień 6 - 9
Dzień 10 - 15
Dzień 16 - 21
Dzień 22 - 29
Dzień 30 - 38
Panoramy
Media
Mapa
Fotki z dnia:
1i3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17i18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29i30 31 33i34 36 37i38
Wyprawa 2003
Wyprawa 2002
trasa wyprawy
Szukamy sponsorów

2002-2006 © M4riush & gr4b4. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.